Wielka podróż Kraków Mała Wieś Męcina Nowy Sącz


Skoro trzeba się przemieścić z punktu A do punktu B jeśli jest czas czemu nie wybrać roweru jako środek transportu? Tak powstała myśl, która zaowocowała bardzo ciekawymi przeżyciami. Jedyny rower, który jest w stanie udźwignąć bagaż na taką wyprawę to Scott, więc zaraz dostał bagażnik. Elcia też nie miała lekko i swój tobołek musiała ciągnąć. Ruszamy w nieznane, więc trzeba mieć jakiś sposób nawigacji. Z praktyki wiemy, że gpsy w telefonach wtedy kiedy są potrzebne ładują się godzinami zwiększając tylko irytację. No więc mapa w dłoń! No tak, ale trzeba ją gdzieś zakupić. W końcu poza mapą Beskid Wyspowy zakupiłem już od wielu miesięcy potrzebną mapę Kraków i okolice.
start start
Teraz trzeba było zaplanować trasę. Przypomniałem sobie też o zaprosinach mojego kolegi, który mieszka pod Wieliczką w Małej Wsi. Jest to już bliżej celu, więc namioty na bagażniki i mamy pierwszy nocleg.
mapa ja i Ciutła
Pogoda troszkę zaczęła się psuć i wykorzystaliśmy przejazd pod autostradą, by osłonić się przed deszczem i straszącą burzą.
pod A4
Wiatr jednak odpychał ją w inną stronę i ruszyliśmy. Trzeba przyznać, że Przemek wie czym jest polska gościnność i obowiązkom sprostał wzorowo. Oczywiście namiotowych błędów nie wolno powtarzać, więc biwak został rozbity jeszcze za dnia.
namiot
Teraz można się było zająć pozostałymi zajęciami.
altanka grill
Towarzyszył nam pies Kleo.
psiur
Potem gospodarz przygotował mały poczęstunek połączony z degustacją różnych napojów. Zakończył się nieco po zachodzie słońca i mieliśmy okazję obejrzeć fajerwerki sąsiada hobbysty.
fajerwerk
Czas było na sen, a na następny dzień planowaliśmy wyruszyć jak najwcześniej. Nie sposób nie wspomnieć o tym co działo się w nocy. Początkowo było spokojnie, ale sen przerwały mi błyski piorunów, które przebijały się nie tyle przez ścianki namiotu, co także przez moje własne powieki. Już nie spaliśmy, a grzmoty były coraz bliżej. W końcu wiatr zaczął szarpać namiotem w każdą stronę wwiewając krople deszczu przez otwór wentylacyjny. Spowodowało to niemałą powódź, która wykurzyła nas pod altankę. Na podwórku był pies, który wyjątkowo był ucieszony, że nie jest sam o tej porze na nogach. Zaczął się łasić nie zważając na to, że cały jest mokry. Długo musiałem Elę przekonywać by wróciła do namiotu. Jednak gdy już pioruny ucichły po przeżyciach położyliśmy się w nieco wilgotnych warunkach. Na następny dzień, rano, gdy chciałem znaleźć okulary oczywiście leżały w jedynej kałuży na środku namiotu. Poskładaliśmy manatki i już prawie mieliśmy jechać, gdy znów zaczęło padać. Przemek akurat wstał, więc po pogawędkach i porannej kawie ruszyliśmy w nieco cieplejszych warunkach.
start mapa
Droga przemijała gładko i przyjemnie aż do momentu, kiedy w Biskupicach zobaczyliśmy przesympatyczny zjazd, ale za nim okropny podjazd. Akurat obok była Żabka w której posililiśmy się daniami na szybko.
przystanek posiłek
Plany się zmieniły i trasa dalej przebiegała następująco:
mapa
Po drodze odwiedziliśmy cmentarz austriacko-niemiecki z Pierwszej Wojny Światowej.
krzyż
Dalej nastąpiła pomyłka i zamiast poruszać się szlakiem trafiliśmy na ciekawą trasę. Jakbym w to miejsce trafił na fullu z lekkim ekwipunkiem to byłbym szczęśliwy. Tymczasem wyjście cało z przejazdów po mokrym wymagały dużo umiejętności.
bagna
Po takich przejściach koła nadawały się do czyszczenia.
błotko
Dalej przed nami był malowniczy podjazd.
szutr
Po drodze minęliśmy bardzo ciekawy dom z trawiastym dachem:
dach
Piękne polskie pejzaże dodawały nam sił do dalszej jazdy:
pejzaż
Zdarzało się, że troszkę się pogubiliśmy.
Ciutła
Nasze boćki!
boćki
Trafiliśmy na bardzo ciekawą trasę rowerową. Nie nadaje się jednak dla ciężarówek rowerowych, ale my nie damy rady? My???
pola
W końcu troszkę asfaltu! Wjeżdżamy do Gdowa!
selfie tabliczka
Tutaj mieliśmy nocować na tamtejszym polu namiotowym. Gdy odnaleźliśmy poszukiwane miejsce od razu w oko wpadł nam niszczejący rowerowy klasyk:
alpinstars
Gdy podziwialiśmy znalezisko podszedł do nas bardzo niesympatyczny facet, prawdopodobnie właściciel. Potraktował nas jak potencjalnych złodziei i rzucił opryskliwie czy może w czymś pomóc. Po niemiłym potraktowaniu zmieniliśmy plany, pojechaliśmy na obiad do pobliskiej restauracji i ruszyliśmy dalej – jego strata.
mapa
Minęliśmy kościół pw. św. Bartłomieja z 1529r, a obok niego była bardzo gustowna kładka.
kościół mostek
Oczywiście musieliśmy coś pogmatwać i trafiliśmy na malowniczy podjazd:
mostek
Trzeba było zawrócić i pojechać prawidłowo do Trzciany. Tam zapadł nam w pamięci ciekawy kościół pw. św. Małgorzaty z 1556 r.
kościół
Natrafiliśmy po drodze także na klasyczną kozę:
kościół
Potem nie było zdjęć, gdyż sił już brakowało. Na podjazdach Elcia nie dawała rady, więc wyciągałem pod górę obydwa rowery, następnie oddawałem jeden i zjeżdżaliśmy. Sytuacja się powtarzała wiele razy. W Limanowej trzeba było coś kupić na ząb, więc do już dużego ładunku doszło jeszcze parę litrów. Już nie byłem w stanie tak ciężkiego roweru wyciągać za mostek, więc już od tego momentu musieliśmy działać na własną rękę. Opłaciło się! Na następny dzień wujek ugościł nas bardzo ciekawym daniem z kociołka.
ognicho ognicho i kociołek kociołek
Uroku dodawała krowa babci:
krowa
Namiot był jeszcze mokry po ostatniej burzy, więc rozłożyłem go na trawie, żeby wyschnął, aby nie odleciał przymocowałem śledzie. Znowu taki pozawijany to się szybko nie wysuszy - zamontowałem tyczki. W obawie przed tym, że wiatr go za mocno potarga przybiłem odciągi. Hmmm... Rozbiłem namiot.
namiot
W sumie dobrze, bo powstał garaż dla rowerów, a my zakwaterowaliśmy się u cioci w ludzkich warunkach. Mój łańcuch zaczął delikatnie się przypominać o smarowaniu, dlatego też postanowiłem w kolejny dzień opuścić na chwilę malowniczą, wiejską miejscowość i udałem się do sympatycznego miasta zwanego Limanową. Za mocno nie mogłem natrafić na sklep rowerowy. Gdy już zobaczyłem szyld i uradowany wjechałem z rowerem do środka okazało się, że sklep zlikwidowano, a oznajmili mi to wcale niezdziwieni informatycy. Stwierdzili, że tak często nachodzą ich rowerzyści z racji niezdjętego szyldu, że chyba opłaca się im zrobić dodatkowy interes. Przynajmniej wskazali mi drogę do autentycznego sklepu. Czemu mógłbym zrobić zdjęcie w Limanowej? Oczywiście kościółkowi:
kościół
Gdy już w końcu dotarłem do sklepu okazało się, że nie mają mojego ulubionego finish line'a nie wspominając już o różnych jego kolorach. Nabyłem więc byle co, żeby tylko było i udałem się z powrotem na odpoczynek do wioski. Życie na łonie natury sprowokowało do podziwiania fauny i flory:
qń żuczek
Gdy już nadszedł czas by wracać do Krakowa musieliśmy położyć się wcześniej i tak samo wcześniej wstać. Jak to bywa rano - ciepło nie było. Całą noc padało i wcale nie chciało przestać. Prognozy nie były obiecujące, więc ruszyliśmy w niesprzyjających warunkach. Po chwili wszystko zmokło, ubrania przestały dawać komfortowe ciepło i zatrzymaliśmy się na przystanku. Tam po burzliwej naradzie i paru telefonach postanowiliśmy odpuścić. Wróciliśmy i rozmontowaliśmy bagażniki z sakwami. Rowery zostały, a z bagażami wróciliśmy do Krakowa.

Podróż jeszcze się nie skończyła, bo trzeba było wrócić po swoją własność. Powstał pomysł by w weekend dotrzeć komunikacją, przejechać na rowerach do Nowego Sącza i wrócić do Krakowa trasą krajobrazową przy pomocy kolei. Teraz pozostało tylko zrealizować plany:
mapa Ciutła ja
Odwiedziłem dworek Morawskich:
dworek
W Nowym Sączu był ciekawy zamek:
zamek
W mieście czas już bardzo naglił. Nie było go do tego stopnia, że gdy pytaliśmy o drogę i mieszkaniec się zbytnio motał trzeba było szukać kogoś, kto szybciej wskaże drogę. Do pociągu wlecieliśmy parę sekund przed odjazdem, ale udało się i zdążyliśmy!
Cilo i Ciutła Scott ja
Koniec :)


MJ




Skomentuj.




Brak komentarzy! Napisz pierwszy komentarz!


w górę

aktualnie

kontakt